Holder na zapasowe pałki, czyli jak nie kończyć gigu jedną ręką.

Wypadnięcie, złamanie, zgubienie, ułamanie, roztrzaskanie, wyszczerbienie, odpryśnięcie – to nie ortopedyczne określenia na różnego rodzaju uszkodzenia kręgosłupa, a pewne dysfunkcje pałek, przez które zdarza nam się znaleźć w sytuacji grania czegoś jedną kończyną mniej, niż do tego przywykliśmy. W wyżej wymienionych wypadkach sprawdzają się tzw. stickholdery, które mogą, a czasami jako jedyne gwarantują nam utrzymanie się przy życiu w przypadku (najczęściej) zgubienia pałki w trakcie naszego szatańskiego solo. Także szybka wymiana złamanej sztuki bez wypadania z groovu jest kluczem do całkowitego wyjścia z opresji, dlatego w całym wachlarzu sprzętu, talerzy, bębnów i lśniących cacek o które wszyscy dbamy, nie zapomnijmy o tym małym, szalenie ważnym przyrządzie!

Podajemy przykładowy filmik instruktażowy jak należy wymienić zgubioną pałkę, oraz dzięki jakim produktom można to zrobić. Pozdrawiamy!

Stick Holdery:

659ae7fb5c2bec52751f31d115b3ef01c8c057e1d421d11335baaac9ad5eec18

Film instruktażowy :)

Maxonix Zero-G_w_StickARK_PurpleYamaha_pic3366_(900x556)_LG

Pora w końcu wybrać swój naciąg na werbel :)

Remo_within_Crown

Świetne zestawienie od samych zainteresowanych, czyli firma REMO. Sfrustrowani przeczesywaniem internetu w poszukiwaniu słabej jakości amatorskich i niemiarodajnych filmów z porównaniem werblowych naciągów? Firma REMO chyba czyta nam w myślach, gdyż postanowiła wypuścić własne video, a przy okazji i ku naszej uciesze ukrócić ten samozwańczy i nierzetelny proceder samemu wykonując robotę najlepiej jak tylko można. Spróbujcie trzech najpopularniejszych serii – Ambassador Coated, Controlled Sound i Power Stroke 3. Polecamy odsłucha na słuchawkach bądź dobrych głośnikach. Smacznego!

maxresdefault

Muzealny Szpaderski fotostory

W styczniowym Magazynie Perkusista pojawił się mój artykuł, a w zasadzie fotograficzny opis pięknego zestawu Szpaderski, który jako wyjątkowa ciekawostka wita naszych klientów w Drumshopie w Poznaniu (http://drumshop.pl).

Polecam obejrzeć, bo tych zestawów zostało jak na lekarstwo, a świadczą przecież o naszej polskiej kulturze muzycznej, czy ktoś tego chce, czy nie :)

„Każdy z nas zna ludzi, o których myśli ciepło i serdecznie. Takie osoby zazwyczaj miło nam się z czymś  kojarzą;  budząc zaufanie i sympatię są nam w jakiś sposób bliskie.  Ja, poza  rodziną i przyjaciółmi podobne odczucia związane mam m.in. ze św. Pam. Panem Zygmundem Szpaderskim. Chociaż nigdy nie miałem przyjemności poznać go osobiście,  ani nawet  grać  na jego instrumentach, to jako sentymentalista czuję co jakiś czas potrzebę napisania o tym dobrym duchu wszystkich perkusistów dawnych lat.
Dzisiejszy artykuł to w zasadzie prezentacja jazzowego zestawu Szpaderskiego, który w stanie niemal fabrycznym trafił do naszego sklepu 2 lata temu. Jest to jeden z wcześniejszych setów, datowany na koniec lat 60-tych. Perkusja jest w 100% oryginalna i kompletna, posiada nawet firmowe membrany i tabliczki znamionowe z nr telefonu (!!!). Jest to jeden z dwóch tak świetnie zachowanych egzemplarzy które widziałem w swoim życiu, w związku z czym w planach jest wysłanie go do muzeum perkusyjnego na Węgrzech, które posiada tego typu eksponaty. Czytaj dalej Muzealny Szpaderski fotostory

Werbel, o którym warto napisać – Beverley ”Cosmic 21”

Mówi się, że można mieć szczęście w miłości lub w kartach albo go nie mieć w ogóle. Zdać wzorowo studia poświęcając na naukę godzinę tygodniowo, ślizgając się i lawirując; korzystając z przychylnego losu, lub co chwilę poprawiać połowę egzaminów pomimo wielu nieprzespanych nocy spędzonych przy książkach.

Konkluzja takiego stanu rzeczy jest bardzo prosta – albo się jest urodzonym szczęściarzem albo się nim nie jest. Dlatego jednym wszystko idzie gładko podczas kiedy inni muszą tęgo się napocić, żeby osiągnąć choćby minimum.

Nie wychodzę zbytnio poza ten schemat. Nie mam szczęścia do niemieckich samochodów i zakładów sportowych, ale przyciągam ciekawe instrumenty. Jak magnes i lep na muchy – bezustannie. Musiałbym się bardzo napracować, żeby móc te wszystkie cuda zatrzymać przy sobie… jest to niestety niemożliwe.

Beverley ”Cosmic 21” Demo: http://www.youtube.com/watch?v=n0fwa4IzKy8

Nie Hills 90210, ale i tak srogo

Werbel Beverley kupiłem na znanym portalu aukcyjnym od kolegi legalnie handlującego sprzętem używanym. Zapłaciłem za niego mało i to był główny powód, aby zaryzykować taki zakup w ciemno, choćby dla napisania tego artykułu. Od początku poczułem miętę do tego blaszaka i także w tym przypadku mój perkusyjny szósty zmysł mnie nie zawiódł. Kupując  zwykłego ”steela”, stałem się posiadaczem werbla dużo bardziej ciekawego i wyjątkowego. Czytaj dalej Werbel, o którym warto napisać – Beverley ”Cosmic 21”

AMATI – 40 letni obiekt marzeń

W poprzednich artykułach wprowadziłem Was drodzy Czytelnicy w świat polskiej produkcji instrumentów perkusyjnych lat 60, 70 i 80-tych. Konwencja tych publikacji była – nie ma się co oszukiwać – dość sztywna i bardzo „techniczna”, bo postawiłem sobie za zadanie dokładną analizę produkcji i wyrobu gotowego J.
Dzisiaj polecimy nieco luźniej. Za oknem pali pierwsze letnie słońce, dziewczyny zrzuciły już zimowe bluzy i szaliki, nie ma więc sensu się piłować i spinać J.
Amati, choć nie polskie, każdy z nas dobrze zna, błędem było by więc zbyt dogłębne nudzenie i rozczulanie się nad wszelkimi najbardziej błahymi kwestiami.

Sam temat też jest w moim mniemaniu dużo weselszy, bo nie traktuje znów o trupach, lecz o wciąż żywych instrumentach, na których grać możemy i gramy na co dzień.

Z życia wzięte

Myśląc o Amati zawsze przypomina mi się historia, którą słyszałem od mojego dobrego kolegi, kiedy pruliśmy 140km/h po niemieckiej autostradzie w kierunku frankfurckich i targów . Otóż pewien jego znajomy, jeden z tych muzycznych weteranów, których każde większe miasto ma kilku (nie grają zazwyczaj pro, ale siedzą w temacie już tyle lat, że stają się skarbnicą wiedzy dla młodych) zamarzył   30 lat temu o Amati. Szansa na zdobycie takiego setu w tamtych czasach w sklepie muzycznym u nas w kraju równała się zeru, trzeba było więc kombinować na boku na wszystkie możliwe sposoby. Traf chciał, że sąsiad owego jegomościa jeździł ciężarówką po całej Europie przewożąc owoce i inne wiktuały. Po wielu prośbach zgodził się w końcu kupić i przywieźć z Czechosłowacji legendarne Amati za niemałą zresztą kwotę. Cała historia w dzisiejszych czasach zapewne zakończyła by się „wałkiem”, niemniej jednak wtedy pan dostawca wywiązał się z umowy wzorowo. Pewnego pięknego dnia podjechał pod dom zainteresowanego i przywiózł jego nowe dziecko. Bębny, które przez ponad tydzień jeździły z nim na pace nie wyglądały już raczej na „sklepowe”, nie miało to jednak znaczenia dla nowego właściciela. Pokochał je z całych sił pomimo bardzo licznych obić, rys i zewnętrznych niedoskonałości…białe Amati bez spodnich naciągów. Dokładnie takie, na którym w Wilczym Pająku grał wówczas Tomek Goehs.

Amati po renowacji: http://www.youtube.com/watch?v=0UDd3CjfpkE

Takie to były czasy. Podobną historię zna zapewne niejeden z Was. Słuchając takich opowieści bardzo szybko można pojąć z jakimi trudnościami borykała się cała rzesza młodych (i nie tylko) muzyków za komuny. W rankingach marzeń Amati stało na jednej półce z Tamą, Yamahą i Pearlem – ba, było nawet od nich lepsze, bo w minimalnie realnym zasięgu portfela i znajomości. Czytaj dalej AMATI – 40 letni obiekt marzeń

Polskie wyroby perkusyjne, cz. 2 – Polmuz – nieśmiertelny wróg, czy wybawca młodych?

Sprzątając ostatnio w sklepie znalazłem mój stary t-shirt z dumnym napisem Polmuz utrzymanym w stylistyce loga Pearl. Ten napis zawsze budził we mnie entuzjazm i wywoływał szeroki uśmiech politowania na twarzy – tak stało się i teraz. Cholera – pomyślałem – jeszcze nikt nie napisał niczego większego o tej „wspaniałej” marce, może warto by spróbować…

No i spróbowałem, a co z tego wyszło, oceńcie sami….

Wydaje mi się, że młodzi perkmani nie do końca rozumieją, czym jest totalny brak możliwości zakupu instrumentu. W większości sklepów muzycznych półki uginają się od towaru, a jeśli czegoś nie ma – zawsze można to zamówić. Patrząc jednak szerzej, to jeszcze kilkanaście lat temu wcale tak nie było. Perkusja jako instrument zawsze spychany na bok doczekał się swojego polskiego odrodzenia całkiem niedawno, wraz z rozkwitem internetu i ogólnego przepływu i wymiany informacji.

Mimo tak dużego sprzętowego rozwoju w ostatnich latach, nadal  sporą „grywalnością” w różnych salkach prób czy też undergroundowych klubach cieszy się marka będąca chyba największym koszmarem polskich perkusistów:

Pol-muz, czyli pierwsze i do niedawna jedyne w pełni polskie bębny pojawiły się w latach 60-tych. Nieistniejąca już fabryka miała swoją siedzibę w Warszawie przy ulicy Grochowskiej 75/77 i oprócz zestawów perkusyjnych produkowano w niej także przeszkadzajki, perkusjonalia i instrumenty dęte. Ostatnie Polmuzy zeszły z linii produkcyjnej na początku lat 90-tych.

Przez blisko 30 lat okresu produkcji i 50 lat użytkowania, Polmuz zraził lub zrazi do siebie chyba wszystkich, którzy mieli lub będą mieli z nim jakąkolwiek styczność. Ten twór instrumento-podobny dla klasy robotniczej nie broni się niestety niczym i nawet przy obecnej chińskiej taniosze wypada blado i wiotko.

Zastrzegam, że jeśli chodzi o specyfikację typowo „techniczną”, to wszelkie zamieszczone tu informacje mogą być częściowo błędne – po tylu latach nie sposób niestety precyzyjnie stwierdzić niektórych faktów. Czytaj dalej Polskie wyroby perkusyjne, cz. 2 – Polmuz – nieśmiertelny wróg, czy wybawca młodych?

Polskie wyroby perkusyjne, cz. 1 – Szpader – pierwszy polski customowiec

Historia polskiej gry perkusyjnej (czytaj: gry w zespole muzycznym) jest stosunkowo młoda. Coś, co na zachodzie istniało  już od dawna i kultywowane było sukcesywnie w szkołach, wojsku czy  w kościołach, u nas za bardzo nie miało racji bytu w sensie „wolnej twórczości”.
Lata umiłowania dla piosenki radzieckiej i propagandowej oraz cenzura skutecznie odstraszały wielu niezależnych twórców.

W zasadzie prawdziwymi prekursorami polskiej muzyki „nowoczesnej” byli polscy trubadurzy, czyli kapele podwórkowe, które w latach wojennych przygrywały na podwórkach lub pod oknami kamienic niosąc ze sobą wiadomości z frontu, a także z codziennego życia, umilając jednocześnie egzystencję tych tak trudnych chwil. Wraz z końcem wojny i powolną odbudową zniszczeń ten typ muzykowania zaczął zanikać i obecny jest teraz bardziej pod postacią folklorystyczną.

Wczesne lata powojenne, a w szczególności okolice roku 1950 to pierwsze próby zaistnienia jazzowych składów. Sytuację w tamtych czasach idealnie obrazuje film Feliksa Falka pt. „Był jazz” z Andrzejem Grabarczykiem w roli perkusisty wciąż próbującego grać „czarną” muzykę”  publicznie, dla szerszej, w większości studenckiej publiczności. Polecam obejrzeć ten film, gdyż klasyczna już chyba scena z ride’m wykonanym z plateru daje dużo do myślenia na temat polskiej muzyki rozrywkowej lat 60-tych.

Wraz z rozkwitem muzycznej działalności wszelkiej maści zespołów, pod koniec lat 60-tych pojawił się ogromny popyt na instrumenty muzyczne; głównie gitarowe i perkusyjne. Kontakt z zachodem, jak wiadomo, ograniczony do minimum stwarzał silną potrzebę rodzimej produkcji wszelkich artykułów dla muzyków.

Chyba najważniejszym polskim producentem sprzętu perkusyjnego pozostanie już na zawsze śp. Pan Zygmunt Szpaderski. Człowiek-dusza, osoba niezwykle sympatyczna i pogodna, która dzięki swojej działalności umożliwiła wielu bębniarzom nie tylko start (jak może wydawać się dzisiaj), ale również wszelką działalność ćwiczeniowo-koncertowo-studyjną. Produkcja Szpaderskiego rozpoczęła się w latach 50-tych i trwała nieskończenie przez ponad 40 lat!!! Czytaj dalej Polskie wyroby perkusyjne, cz. 1 – Szpader – pierwszy polski customowiec